Kosmetyczny design

Tym razem o kosmetykach, lecz nie o ich właściwościach ani jakości, tylko o designie. Powiedzenie mówi, że nie szata zdobi człowieka, ale może zdobi kosmetyk? Tak sobie myślę, że skoro każda firma zatrudnia sztab fachowców od identyfikacji wizualnej, to przecież świadomie projektuje opakowanie pod swojego klienta. Nie sądzę, abyśmy byli w erze przypadkowych opakowań, musieli kupować kosmetyki i przymykać oko na ich brzydki wygląd zewnętrzny. Zauważyłam, że możemy być zadowoleni zarówno z opakowania, jak i jego zawartości. Na przeszkodzie może stać jedynie cena… Ale zanim poruszę ten wrażliwy temat, zatrzymam się jeszcze na aspekcie estetycznym.

Design zdobi kosmetyk zenja blog0003

Odkąd obserwuję na Pintereście i Instagramie konta zagranicznych blogerów, którym czasami zdarza się opublikować zdjęcie z kosmetykami, to przewija się na nich ciągle jedna i ta sama firma: Aesop. Pewnie już zdążyliście się na nią natknąć, a może i zakupić minimalistyczne tuby albo butelki z prostą etykietą, w skład której wchodzą głównie napisy? Króluje na nich prostota, styl apteczny, prawie bez obrazków i fantazyjnych fontów. Podobnym designem cechują się produkty marki L:A BRUKET. Polską odpowiedzią na ten ten trend jest Ministerstwo Dobrego Mydła. Na pierwszą i drugą firmę żal mi obecnie pieniędzy (koszt kremu to wydatek rzędu ok. 170 zł), natomiast planuję zakup rodzimego produktu (mus do ciała za 42 zł), ale jeszcze zwlekam, gdyż… wpadłam na pomysł zrobienia własnych kosmetyków naturalnych w ładnym opakowaniu! Od kilku dni buszuję po Internecie w poszukiwaniu prostych (czytaj: z małą ilością składników) przepisów na masło do ciała i mydło. Również oglądam opakowania, które są konieczne, aby przechowywać mikstury własnej produkcji. Zaprojektuję też etykiety i wydrukuję je jako naklejki na przezroczystej folii. Zobaczymy, czy dorównają designowi hipsterskich firm 🙂
Nie jestem w stanie zrobić mydła w płynie ani perfum (chociaż, kto wie?), dlatego zaczęłam nabywać produkty w prostych, wręcz ascetycznych opakowaniach, za o wiele mniejsze pieniądze. Niektóre z zawartością, którą po zużyciu uzupełnię nową poprzez wlanie jej, a inne kupiłam jako flakon do samodzielnego napełniania. Powoli łazienka zaczyna nabierać klasy (może uda mi się zasłonić wściekły niebieski bijący z kafelków…); zamieniam krzykliwe flakoniki, butelki, tubki ze zdechłą truskawką na dostojne opakowania z białymi etykietami bez obrazków.

Design zdobi kosmetyk zenja blog0004

Zastanawiam się powoli, gdyż jeszcze mi nie grozi zakup upragnionych produktów Aesop lub L:A BRUKET. Kiedy robiłam research do tego wpisu, mając nadzieję, że natknę się na powalający artykuł, wpadł w moje oczy wywiad z Katarzyną Kaliną, przeprowadzony przez Marię Kowalczyk. Pani Katarzyna pracowała w polskiej fabryce opakowań kosmetycznych i farmaceutycznych. Jej dwie wypowiedzi wstrząsnęły mną, pozwolę sobie je przytoczyć:
Na pewno wie pani dużo na temat kosmetyków. Jaką wartość ceny produktu, który kupuję w perfumerii stanowi krem a jaką jego opakowanie?
Z tego co wiem to 50 procent wartości kremu stanowi jego opakowanie (np. tubka), a do tego dochodzi jeszcze zakrętka i nieraz kartonowe opakowanie zewnętrzne… Cena samego produktu nie przekracza więc 50 procent jego wartości.
Zresztą, pracując w takiej fabryce poznałam wiele sekretów firm kosmetycznych. Znam adresy fabryk, do których dostarczaliśmy tuby i wiem, że produkują w nich nie tylko marki z półki premium, ale i te massmarketowe. Receptury kremów X za 400 złotych są niemal te same co kremów Y za 40 zł, bo powstają z tych samych komponentów w tych samych laboratoriach.
Czy mając taką świadomość kupuje pani częściej kremy Lancome czy Ziaja?
Najlepiej jest być otwartym. Owszem, mogę zaszaleć i kupić ekskluzywny kosmetyk, choć wiem, że niestety znam jego dokładną cenę, i się nim cieszyć. Ale kupując balsam za 7 złotych, też wiem, że mogę być z niego zadowolona. Bo jego cena wcale według mnie i mojej wiedzy nie świadczy o braku działania. Może być równie dobry, jak ten za 300 złotych. I prawdopodobnie taki jest.
W wywiadzie nie został poruszony aspekt marży dla firmy, dystrybutorów i pośredników. Domyślam się jednak, że stanowi on większą część ceny kosmetyku. Czyli jeśli już zaszaleję i nabędę balsam do ciała za ponad 100 zł, to muszę mieć świadomość, że lwia część tej ceny poszła na liczne marże, ładny wystrój sklepu, w którym jest on sprzedawany (zobaczcie, jak Aesop projektuje wnętrza swoich sklepów), zarobki dla pracowników, opakowanie i na końcu na samą zawartość…

Wpis powstał w ramach wyzwania blogowego organizowanego przez Savethemagicmoments 🙂


Design zdobi kosmetyk zenja blog02